„Nieznana siła” doprowadziła do tragedii. Czy Yeti istnieje?

Dziewięcioro studentów, doświadczonych wspinaczy zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach w górach Uralu. Tragedia wyprawy, której przywódcą był Igor Diatłow do dziś pozostaje niewyjaśniona. Oficjalnie, jako powód zdarzenia podano „nieznana siła”.

Grupa dziesięciu studentów z  Uralskiego Instytutu Politechnicznego w Swierdłowsku (dziś Jekaterynburg) wybrała się na narciarską wędrówkę w północną część Uralu. Ich celem było zdobycie góry Otorten, trasa którą wybrali, z racji pory roku (zima) miała trzecią, najtrudniejszą kategorię. W wyprawie brali udział doświadczeni wspinacze, mający za sobą wieloletni staż podróżniczy. Na czele wyprawy stał Igor Diatłow. Z wędrówki, w ostatniej chwili zrezygnował jeden ze wspinaczy, który zawrócił z trasy. Jak się później okazało, przeżył jako jedyny z grupy.

Studenci wyruszyli 25 stycznia, swój powrót zaplanowali na 12 lutego. Rodziny czekały na informację o ich powrocie do 20 lutego. Z powodu jej braku wysłano ekspedycję ratunkową.

Tragedia na przełęczy

26 lutego ekspedycja natrafiła na opuszczony namiot grupy Diatłowa. Był przecięty, jak później ustalono od środka, co sugerowało, że próbowano z niego uciec.

Ślady z namiotu prowadziły w stronę pobliskiego lasu u zbocza góry, po paru metrach niknęły pod śniegiem. Po długich poszukiwaniach, ekspedycja odnalazła wszystkie ciała członków wyprawy na skraju lasu, niekompletnie ubrane. Pięć osób, w tym przywódca wyprawy umarł z powodu wyziębienia. Ciała pozostałych czterech studentów były poważnie uszkodzone. Obrażenia jakich doznali przypominały te, które odnosi się w wyniku wypadków komunikacyjnych. Jak ustalono, nie mogły być efektem pobicia.

„Nieznana siła”

Do tragedii doszło prawdopodobnie w nocy z 1 na 2 lutego. Z niewyjaśnionych powodów, grupa znajdująca się w namiocie w pośpiechu go opuściła. Zamiast rozwiązać namiot, przecięła jego bok. Nie mieli czasu by się ubrać, a temperatura na zewnątrz wynosiła między -15 a -18 stopni. Grupa postanowiła schronić się w lesie, znajdującym się poniżej poziomu gruntu, na którym stał namiot. Członkowie wyprawy rozdzielili się, nie wiadomo czy umyślnie, czy było to spowodowane ucieczką. Próbowali wdrapać się na jedną z sosen, prawdopodobnie by zobaczyć co dzieje się z porzuconym obozowiskiem. Pozy w jakich znaleziono niektórych członków ekspedycji świadczą o tym, że próbowali wrócić do namiotu. Zamarzli po drodze.

Oficjalnym powodem śmierci wędrowców było „działanie nieznanej siły”.

Ostrzeżenia Mansów

Zanim wyprawa wyruszyła w góry, grupa odwiedziła wioskę zamieszkiwaną przez miejscowy lud Mansów. Ci ostrzegali ich przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Co miało grozić grupie? Zdaniem autochtonów, pobliskie lasy zamieszkuje zwierze, które określane jest mianem „Menk” czyli dosłownie „wielki leśny potwór”. Jest wyższy i większy od człowieka, przypomina małpę. Wydaje przeraźliwy świst. Mansowie mieli przypisywać Menkowi morderstwo kilku dzieci z wioski.

Co ciekawe, udało się uratować aparat grupy Diatłowa, na którym znajdowało się zdjęcie dziwnie wyglądającej postaci w lesie.

Lwp Kommunikáció/CC BY 2.0/flickr.com

Teorie spiskowe

Do dziś nie udało się ostatecznie i wiarygodnie ustalić co doprowadziło do tragedii na przełęczy. Wokół wydarzenia narosło wiele teorii spiskowych. Mówiło się o działaniu istot pozaziemskich, o ataku Mansów, o ćwiczeniach wojskowych, lawinie czy infradźwiękach. Żadnej z hipotez nie udało się potwierdzić. Tej nocy nie stwierdzono też żadnych innych ludzi w przełęczy. Na cześć tragicznie zmarłych, przełęcz nazwano nazwiskiem przywódcy wyprawy.

Czy tajemniczy Menk istnieje? Czy to właśnie on jest słynnym „Yeti”? Zwierzęcia nie udało się jak dotąd zbadać. Więcej informacji na jego temat przedstawia film „Russian Yeti The killer lives”.

 

przeleczdiatlowa.pl/B.A.

„Russian Yeti The killer lives”, Leon Rawski, Discovery Channel 2014/B.A.

Foto: Lwp Kommunikáció/CC BY 2.0/flickr.com

Komentarze